Forum Sakura no Ki
Podlaskie Stowarzyszenie Miłośników Anime i Manga "Sakura no Ki"
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy  GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wypociny Kosia XD

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sakura no Ki Strona Główna -> Free Talk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
DeathScythe_H
-sama



Dołączył: 05 Mar 2006
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: C:\System\Poland\Bialystok

PostWysłany: Czw 21:56, 23 Mar 2006    Temat postu: Wypociny Kosia XD

Dla niezorientowanych: Kosiek/Kosio to zdrobnienia od mojego nicka jakimi mnie obdarzyła swego czasu pewna koleżanka.

Poniżej macie opowiadanko mojego autorstwa, btw. żeby oszczędzić pracy modkom/adminom pocęzurowałem coś niecoś. Jeśli nie lubicie szczegółowych opisów i brutalnych scen możecie nie czytać dalej. Jeśli mimo wszstko spotka się z Waszą aprobatą, pewnie coś się dopisze, a tu już zaczynamy treść właściwą (wraz z oficjalnym autorskim ostrzeżeniem XDD):

"Aniołowie Apokalipsy- Czarny Serafin" jest opowiadaniem przeznaczonym, dla nieco starszych czytelników, ze względu na wiele brutalnych scen, których opisów nie pozwoliłem sobie pominąć. Pomiędzy scenami rzezi i nieco nieprzyjemnymi, dla niektórych, dialogami przemycam przesłanki dotyczące kilku istotnych spraw, jednak narazie przyglądajcie się śmierci, zniszczeniu i ciętemu językowi głównego (anty)bohatera...

Rozdział 1

W opustoszałym korytarzu na poziomie kwater oficerskich na okręcie laboratoryjnym "Marchosias" odbijał się ciężki krok. Lampy w korytarzu nie wiedzieć czemu były pogaszone. Gdzie niegdzie jakaś świetlówka niepewnie pomrygiwała rzucając niewiele światła. Na całym poziome zalegała martwa cisza. Zupełnie jakby czas stanął w miejscu... Suche, nieprzyjemne, niemal pustynne, stojące, zatęchłe, charakterystyczne dla staków kosmicznych już długi czas przebywających w przestrzeni, powietrze wogule się nie poruszało. Cały czas w mroku i względnej ciszy odbijał się niemal upiornym echem ciężki krok. Po dłużej chwili ciszę przerwało malownicze i długie "ech". Niemal w tym samym momencie do łoskotu prawdopodobnie ciężkich buciorów doszedł głuchy odgłos, zupełnie tak jakby ktoś kopał coś drewnianego, powleczonego cienką błoną. Nagle w migotliwy i niewyraźny krąg światła wtoczyła się, z twarzą skierowaną ku sufitowi, oderwana, może odcięta ludzka głowa. Krókie, ciemne włosy ostrzyrzone na modłę wojskową ciekawie się komponowały z wielkim siniakiem w kształcie dłoni, na czole, wywróconymi oczami i grymasem wyrażającym przerażenie. Pod szyją, leżącą równolegle do podłogi powoli rosła kałuża krwi. Za czerepem w krąg światła powoli, spokojnie, niespiesząc się wszedł osobnik w całości ubrany na czarno. W cholewy desantówek wsadzone były nogawki bojówek. Korpus okrywała lekka, bawełniana, czarna koszulka. Całości stroju dopełniał czarny skórzany płaszcz, okryty na plecach dosyć dużymi piórami. Dosyć długie ciemnokasztanowe włosy przysłaniały górną część twarzy, mniej więcej poniżej warg zaczynał się obszar odsłonięty. Brodę i podbródek już zaszczycał niewielki zarost. Osobnik był słusznej postury. Było po nim widać, że nie zaniedbywał ćwiczeń. Szeroki w barkach, o niemal idealnych proporcjach wg. kanonu, stanowił świetny stelaż do rozwoju mięśni. Miał ponad 180 cm wzrostu. Mimo tego iż niewiele było go widać, można było wywnioskować z zarysu i ogólnej aparycji dolnej szczęki, że jest to osoba dosyć młoda.
Świetlówka wydała ostatnie tchnienie. Mrygnęła po raz ostatni i zgasła pogrążając cały korytarz w mroku. Kroki ucichły. W ciemności zaszeleścił płaszcz, po tym po całym poziomie rozległo się głuche dudnienie. Coś chrupnęło, a po chwili dało się słyszeć ciche plaśnięcie. Potem znów huk. A potem znów zaległa martwa, niczym nie zmącona cisza. Była tak głęboka, że możnaby usłyszeć spadającą szpilkę, nie mówiąc o... silniku windy!? Ciche miarowe buczenie zdawało się zbliżać. Nagle coś zaszeleściło w korytarzu, zupełnie jakby pióro pocierało o pióro. Ktoś podszedł dwa kroki. Winda zatrzymała się z cichym zgrzytem. Pióra znów zaszeleściły, tym razem przy akompaniamencie syku otwierających się drzwi windy. W miarę, jak ustępowały skrzydła drzwiowe na niewielką przestrzeń wlało się jasne światło. W jasnej aurze elektrycznie wygenerowanej poświaty stały trzy postacie. W ich dłoniach spoczywały karabiny ASF-34 - broń kosmicznych marines. Owy sprzęt niszczący miał kształt dosyć cienkiej, prostej belki, z wcięciem służącym do opierania w tzw. dołku strzeleckim na obojczyku, przy jednym końcu i wypustem rękojeści ze spustem kilkanaście centymetrów dalej. Amunicja tego karabinu potrafi przestrzelić na wylot czołg, a w człowieku zostawai dziury wielkości pięści. Pocisk ma średnicę ok. 4,5 mm. Osobnicy trzymający w rękach te zabawki mieli na głowie białe hełmy wojskowe z czarnym pleksiglasowym gównem zasłaniającym pół twarzy. Ich korpusy chroniły takiejż barwy kamizelki typu StoneSkin, które jako jedne z niewielu materiałów były w stanie zatrzymać pociski z ASF-34. Na kamizelkach było wyszyte logo czarnego ptaka o, czymś podobnym do pił wygiętych na kształt skrzydeł. Wierzchnią stronę białych rękawic zdobił ten sam symbol. Na nogach mieli białe oficerki. Całość ciała była pokryta czarnym obcisłym kombinezonem.
Żołnieże podnieśli karabiny, przystawiając sobie celownik optyczny do oka i zaczęli lustrować korytarz. Wich wizjerach działających w trybie podczerwieni ukazał się wizerunek cieplny o olbrzymiej powierzchni. Po lewej i prawej stronie "czegoś" znajdowały się bezpośrednio do niego przylegające wzniesienia nadające mu wysokość prawie 2,5m. Pomiędzy nimi była spora dolina, z niewielkim "pagórkiem". W tym trybie można było ustalićjednynie to, że "coś" jest jako tako humanoidalne. Znów zadudnił krok, w celownikach wielka plama ciepła zbliżyła się nieznacznie. Żołnieże zaczęli coś do siebie szeptać, po chwili ten w środku głośno przełknął ślinę i odezwał się tonem, który miał zapewne brzmieć stanowczo i pewnie, ale w rzeczywistości pokazał całą niemalże lwią odwagę żołdaka:
- E-ewanie D-d-d-d-d-deathstalker v-von I-i-i-i-infernati m-m-mus-s-si p-p-p-pann p-pójść z n-nn-ami... - żołnież trząsł się jak w febrze, a lufa zgodnie z jego ciałem podrygiwała uniemożliwiając pewny strzał.
W odpowiedzi usłyszeli drwiący śmiech, który poniósł się echem po póstym korytarzu.
- A jeśli odmówię? - odparł osobnik cały czas ukryty w cieniu. Jego drwiący ton, może i zdenerwował żółnieżyków, lecz raczej nie dali tego po sobie poznać.
- W-w-wtedy użyjemy siły! - nieco pewniej, nie jąkając się, aż tak, jak poprzednio odparł żołnież.
Ewan znów wybuchł śmiechem, jednak tym razem był szczerze rozbawiony. Zdawał się niezauważać, że karabiny podrygują coraz nieznaczniej. Gdy już się uspokoił po krótkiej chwili, powiedział:
- Na wasze - zrobił krótką przerwę - nieszczęście, odmawiam.
Niemal w tej samej chwili karabiny zostały wymierzone. Ewan prawie natychmiast rozłożył ramiona i skrzydła, wyprężył się i odbił od podłogi, kilkakrotnie uderzająć skrzydłami. Zanim żołdacy zdążyli pociągnąć za spust, ten który rozmawiał z von Infernatim stracił swoją "kamienną skórę", karabin, który został po prostu zmiażdżony i dwie trzecie klatki piersiowej, a zarazem życie. Korpus osłaniany przez StoneSkin został rozpruty w ułamku sekundy, przez prawie czterocentymetrowe szpony, będące fragmentem dłoni pokrytej gładką i lśniącą ni to łuską, ni to skórą. Trzy pary ogromnych skrzydeł, pokrytych czarnym pierzem, nadały w oczach żołdaków, niesamowite rozmiary ich agresorowi. Piwne oczy patrzyły z nieprzejednaną nienawiścią na żołnieża po prawej. Taka nieruchoma, żywa rzeźba trwała przez kilka chwil. Wojak po lewej drgnął w niekontrolowany sposób. Sześcioskrzydły zareagował natychmiast. Złapał nieszczęśnika za głowę z taką siłą, że czarne pleksiglasowe gówno trzasnąło jak szklanka pod gonsienicą rozpędzonego czołgu. Palce bez wysiłku miażdżyły, to co było w stanie przetrzymać bezpośrednie trafienie z pocisku przeciw pancernego. Żołnież spróbował podnieść broń do klatki piersiowej napastnika, jednak ten, uderzeniem, jakby od niechcenia, wybił mu ją. Gdy żołdak wisiał kilka centymetrów nad ziemią, z głową w żelaznym uścisku Ewana, ten ostatni przystawił mu dłoń z wyprostowanymi palcami do piersi, na wysokości serca. Dłoń sześcioskrzydłego, poddana niewielkiemu naciskowi, weszła w klatkę piersiową, po drodze przebijając kamizelkę i kombinezon, jak gorący nóż w masło. Bez problemu przebiła płuco, by schwycić i ścisnąć z całą mocą serce. Żołdak zrobił się czerwony na twarzy i szyi. Po chwili z ust, uszu i nosa żołnieża popłynęła krew. Ewan błyskawicznym ruchem wyciągnął rękę z piersi ofiary. W dłoni trzymał jej serce, a raczej to co z niego zostało. Powoli otworzył dłoń w której trzymał głowę żołnieżyka, a po chwili rozwarł również tę, w której znajdowała się pozostałość jednego z najważniejszych organów. Młodzieniec zwrócił twarz, ku ostatniej żywej personie poza nim. Gdy ich spojrzenia się spotkały, żołnież niemal natychmiast puścił serię ze swojej pukawki. Ewan spróbował się uchylić, jednak nie był dość szybki. Pocisk trafił go pod takim kątem, że po narządzie wzroku nie było co zbierać i przebił czaszkę na skroni. Von Infernati wygiął się do tyłu, ale nie upadł. Szamocząc się z bólu, odwrócił się tyłem do żołdaka, któremu już nie starczyło odwagi, by pociągnąć za spust poraz kolejny. Przecież był jedynie słabym człowiekiem wysłanym przeciwko istnej bestii, która w kika sekund rozszarpała jego dwóch kompanów. Teraz, gdy wpakował mu kulkę w łeb, aniołopodobny stwór jedynie rzucał się z bólu, ale najwyraźniej nie w głowie mu było umieranie.
Sześcioskrzydły już się uspokajał. Powoli odwrócił głowę, a potem i całe ciało, ku żołnieżykowi, tak, że ten widział powoli zrastającą się czaszkę i regenerujące się pozostałe tkanki. Z postego oczodołu polała się znaczna struga krwi, która teraz znaczyła lewą stronę twarzy. Nagle, ku zdziwieniu człowieka, bo ten osobnik ubrany na czarno, na pewno człowiekiem nie był, nad pustą dziurą po oku pojawiła się szara, nieprzejżysta błona. Po chwili stała się szklista i przeźroczysta, tak, że można było przez chwilę oglądać delikatnie pulsujące żyłki i tętniczki odżywiające oko. Żołdak z przerażeniem obserwował jak pusta przestrzeń za błoną napełnia się białą substancją. Z dłoni Ewana wystrzeliło kilka długich, gładkich, obłych i bezprzyssawkowych macek. Po kilku sekundach w dłoni von Infernatiego znalazł się ASF-34. Młodzieniec powoli podniusł go na wysokość twarzy. Do białej kuli w oczodole sześcioskrzydłego przyczepił się nerw, który wypełzł spod powieki. "Przyssał się" w miejscu gdzie prawdopodobnie znajdowała się źrenica. Od owego nerwu, pewnie wewnątrz gałki rozeszły się czerwone żyłki. Nagle oko odwróciło się tęczówką i źrenicą do przodu. Wszystko to działo się w przeciągu dwóch, może trzech minut. Ewan mrygnął kontrolnie powiekami i pociągnął za spust. Pocisk karabinowy zgruchotał żuchwę, przebił mięśnie, przeszył gardło, by zmiażdżyć kręgi, rozszarpać rdzeń i wyjść z drugiej strony. Żołnież padł, podrygując konwulsyjnie.
Von Infernati rozejrzał się, a potem spojrzał na swoje dzieło jakby mówił: "to już koniec?". Podniusł drugi cały karabin i wszedł do windy. Nacisnął guzik sprowadzający ją dwa poziomy niżej - do arsenału. Po krótkiej chwili przebywania w nieco klaustrofobicznej klitce Ewan dotarł na miejsce.
Pomieszczenie arsenału było przesrtonne, jasno oświetlone i zastawione bronią różnego kalibru i rozmiaru, nie wyłączając broni białej. Sześcioskrzydły przez prawie pięć minut lustrował ściany pełne wszelakich środków niszczących. W pewnym momencie jego uwagę przykuły dwa niespotykanych rozmiarów pistolety wiszącze na końcu sali w gablocie. Ponad czterdziestopięciocentymetrowej długości lufa miała na swej okrywie wygrawerowany i wypełniony srebrem Krzyż Pański ciągnący się prawie od wylotu lufy, do kurka. Podług trzonu krzyża ciągnęły się dwa hasła. Powyżej "Ave Vitae", zaś poniżej "Ave Mortis". Trochę pod rusznicami, w tej samej gablocie, znajdowały się magazynki do nich. Były bardzo pokaźne, zaadaptowane do amunicji pasującej do półtoracentymetrowej średnicy otworu wylotowego. Ewan dokładniej się przyjżał pociskom, by stwierdzić, iż "na oko" lekko wydłużona półkula nie wygląda zbyt imponująco, mimo swych rozmiarów. Ot, zwykłe naboje niezwykłych rozmiarów. Tym niemniej oba pistolety w mniemaniu młodzieńca wyglądały cool. Szybkim ruchem odrzucił gdzieś w bok dwa ASF-34 i wyrwał drzwiczki do gabloty i pożyczył na wiecznie nieoddanie owe giwer i magazynki, po jednym na pistolet. Rozejrzał się gorączkowo wokół w poszukiwaniu dodatkowej amunicji. Zamiast niej, w oko wpadł mu miecz. Pięknie lśniąca i idealnie prosta klinga miała długość około 80 cm. Mniej więcej od połowy długości, rozpoczynała się seria kolistych wcięć, które częścią swojego obwodu przekraczały granice ostrza. Eliptyczna garda była wykonana na kształt płomienia. W nią były wprawione dwa rubiny na końcach, a idealnie na środku, na osi miecza znajdował się wspaniały akwamaryn. Von Infernati złapał za rękojeść owiniętą czarnym materiałem. Mimo iż oręż miał prawie metr długości i był wykonany z metalu, był niespodziewanie lekki. Ewan wywinął nim kilka ósemek i machnął kilka razy zadając cios w pustkę, żeby się przyzwyczaić do rękojeści. Miecz sprawiał wrażenie, że czekał właśnie na sześcioskrzydłego. Wszystko pasowało do siebie idealnie. Uchwyt do dłoni, oręż do umiejętności, narzędzie do używającego. Gdy młodzieniec skończył się bawić swoim nowym "scyzorykiem" w końcu wypatrzył skrytkę z napisem: "AVAM" przy samym wejściu do pomieszczenia arsenału.
- Co ślepemu po oczach... - mruknął do siebie podchodząc do niej.
Otworzył ją i jego oczom ukazało się szesnaście magazynków do jego nowych pistolecików. Oparł miecz o ścianę, i zaczął pakować amunicję do wewnętrznych kieszeni płaszcza. Niestety, zmieścił tylko połowę tego. Nieco zawiedziony wyjął jeden magazynek i zaczął liczyć ile naboi mieści jeden z nich. Niestety doliczył się tylko jedenastu kulek. Ewan wydał z siebie malownicze "ech" i schował miecz w przepastną głębię swojego płaszcza. "Mogę schować w płaszczyku taki kawał żelastwa, a z kilkoma magazynkami mam problem... To się nazywa złośliwość losu..." - pomyślał. Postanowił się jeszcze trochę rozejrzeć po arsenale. Tak na dobrą sprawę sześcioskrzydły nie miał nic do stracenia poza paroma minutami.
Po sprawdzeniu połowy zawartości arsenału i straceniu prawie półtorej godziny Ewan z wolna skierował się do wyjścia. Po przejściu paru kroków zatrzymał się. Drzwi windy otworzyły się. Zza nich wysypało się przynajmniej trzydziestu żołnieży uzbrojonych w ASF-34 i ubranych w takie same "skafandry" jak nieszczęśnicy, którzy przed nimi spotkali von Infernatiego. Nosili na sobie to samo logo "ptaka piłoskrzydłego". Ewan i tak był zaskoczony pojawieniem się tylu żołdaków w sile, a jeśli do tego dodać jeszcze prawie czterometrową ciężarówkę na nogach, mającą dodadkowo parę rąk z czego jedna to potężny przecinak hydrauliczny, a druga to gniazdo artylerii wyposarzone w trzy miniguny, to raczej nie miał co liczyć na swoją brawurę i sprawność bojową. Rozejrzał się i nie widząc innej możliwości działania zaczął rozmowę:
- Chyba macie wystarczające argumenty żeby mnie przekonać do waszych racji... - mówił pewnie, ale nie podnosił głosu i nie próbował drwić ze swoich przeciwników, cały czas wpatrując się w gatlingi na łapie robota.
- Ewanie Deathstalker von Infernati musi pan pójść z nami! - zagrzmiał kapitan oddziału.
- Mam chyba deja-vu - mruknął do siebie sześcioskrzydły. Dodał głośniej - rozumiem wasze stanowisko i jestem skłonny się zgodzić, ale niech ta puszka przestanie we mnie celować...
- Musisz nam oddać swoją broń - rozkazującym tonem nakazał kapitan, jak Ewan zdołał wypatrzeć z naszywki na ramieniu żołnieża.
- A co ja, jestem k**** gwiezdne PCK? - warknął w odpowiedzi von Infernati.
- Jak chce to niech ma. Przy tym maleństwie nic nie zrobi - stwierdził jakiś kobiecy głos z mecha.
- Skoro pani tak twierdzi pani major... - niechętnym tonem odparł kapitan.
- Jak zwykle, kobieta ma najwięcej rozsądku - już z uśmiechem powiedział Ewan i włożył ręce do kieszeni spodni, odsuwając płaszcz do tyłu.
Żołnieże obstąpili sześcioskrzydłego, mech się odsunął odblokowując przejście do windy. Karabiny mieżyły idealnie w jego głowę. Młodzieniec jakby tego nie zauważał, zupełnie spokojnym krokiem, nie spiesząc się, zmieżał w kierunku wyjścia. Gdy stanął na jego progu usłyszał instrukcję wydaną damskim głosem:
- Zjedź dwa poziomy niżej, do poziomu laboratoryjnego.
O dziwo Ewan postąpił bez szemrania za instrukcjami podanymi przez pilota robota. Wszedł do windy i przysisnął guzik ściągający ją dwa pozimy niżej. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi odezwała się pani major:
- Nie miałam wyjścia. Jego szpony błyskawicznie rozpruły by poszycie Dreadnoughta. Twój StoneSkin jest nieporównanie mocniejszy od pancerza Dredzia kapitanie, a ludzie w nich zostali rozpruci przez tego... - major zatrzymała się jakby szukała słowa - potwora w sekundy.
Nikt po niej nie odezwał się przez dłuższy czas.
Ewan po chwili dotarł na miejsce, gdzie od samego wejścia dostał "eskortę" dwóch wojaków, którzy cały czas celowali w jego głowę, szachując większość możliwych i niemożliwych działań. Sześcioskrzydły doszedł do wniosku, że będzie jeszcze przez jakiś czas grzeczny, a potem "się zobaczy". Po dłuższej chwili von Infernati wraz z żołdakami dotarli do wrót, za które Ewan został brutalnie wepchnięty. Za nimi znajdowała się olbrzymia sala w której czterech kątach stały Dreadnoughty, a na środku znajdował się wielki krąg stojący pionowo pokryty runami i hieroglifami. Sześcioskrzydły rozejrzał się po komorze i zobaczył nad sobą pokój kontrolny. Po kilku sekundach rozległ się głos jakiegoś podstarzałego osobnika:
- Witaj, jesteś nam potrzebny do przetestowania tej machiny którą przed sobą widzisz. Wiemy tylko tyle, że otwiera coś, co nie wiemy dokładnie czym jest... - profesorek nie odkończył, gdyż Ewan kulturalnie mu przerwał.
- Czyli ch*** wiecie, a ja mam się tam jeszcze pchać? Nie ma mowy - gruchnął.
- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, Dredki cię zaprowadzą... - chichocząc jak ćpun na fazie powiedział naukowiec.
- Niech spróbują... - von Infernati powiedział dość głośno, znów swoim zwykłym w takich sytuacjach drwiącym tonem.
Mechy ruszyły powoli i bardzo ociężale. Ewan niemal natychmiast wyciągnął miecz i jeden pistolet. Pociągnął za spust, kierując lufę w kierunku najbliższego Dredka. Huknął strzał. Robotowi odpadło ramię z bronią dalekosiężną, w tym wypadku, potrójnym gniazdem minigunów. Nagle sześcioskrzydły poczuł coś zimnego i twardego, na swojej skroni, po tym już leciał w powietrzu. Po twardym lądowaniu, na zimnej posadzce, gdy po sekundzie doszedł do siebie, zoriętował się, że po boku twarzy cieknie mu krew. Zobaczył mecha, który zaszedł go od tyłu: ten model, był akurat przystosowany do walki wręcz. Właśnie podnosił piłę nad młodzieńcem, gdy ten błyskawicznie się zerwał i jednym szerokim, półkolistym cięciem, pozbawił Drednoughta ramienia i nogi. Natychmiastowo wyprowadził pchnięcie, które pozbawiło pilota nieszczęsnego mecha życia. Niestety, mimo swojej szybkości nie zdążył uniknąć potężnego, wyiatającego uderzenia lufą wyrzutni rakiet, któregoś z pozostałtch robotów. Lecąc, Ewan usłyszał za sobą podejrzany szelest w połączeniu z napełnianiem wanny. Niewiele myśląc namierzył doktorka w pokoju kontrolnym i pociągnął za spust. Pocisk bez problemu przebił szybę i rozmazał pozostałości głowy naukowca na tylnej ścianie. Gdy to się stało młodzieniec poczuł, jak zanuża się w czymś włodnistym i nieprzyjemnie zimnym. To co widział normalnie do tej pory, rozmyło się w jakimś półpłynnym żelu. Gdy Ewan poczuł, że cały już w nim jest, doznał uczucia dziwnej lekkości, a zaraz potem nieprzyjemnaego szapnięcia z jednej strony... Potem z drugiej, potem z innej strony... W końcu czuł się jakby był darty na strzępy miliardami szponów. Nagle wszystko ustało. Coś gwałtownie pociągnęło von Infernatiego w dół. W mgnieniu oka z rozmytego obrazu błękitnego półmroku znalazł się pod gołym niebem patrząc w miliony gwiazd. Czuł, że spada. Był zbyt wicieńczony tym wszystkim co mu się przytrafiło. Niespodziewanie uderzył w coś twardego. Czuł zapach kwiatów, czyjeś głosy, jednak nie widział osób do których należały. Po chwili obraz nieba zaczął się zacierać przed jego oczami. Zaległa nieprzenikniona ciemność, głosy ucichły, wszystko zniknęło, zatonęło w mroku i ciszy...

<Skoro zaglądacie, to poświęćcie troszkę czasu na ocenę... proszę>


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Cegla
Prezes Klubu (ret.)



Dołączył: 27 Gru 2005
Posty: 508
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Mońki

PostWysłany: Pon 19:54, 27 Mar 2006    Temat postu:

"- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, Dredki cię zaprowadzą... - chichocząc jak ćpun na fazie powiedział naukowiec." XD
To mi się podobało. Czemu zabiłeś doktorka??? Byłby świetną postacią komediową, rozładowującą napięcie ;].

Ekstra, muszę przyznać, że słownictwa i wyobraźni ci nie brakuję. Opisy są dokładne i malownicze, a merytoryczność świata też się zgadza.
Gdzieniegdzie jest dużo powtórzeń i brak znaków interpukcyjnych, ale w tej chwili czepiam się, (nie mam czego skrytykować ;]), ponieważ opisy i język są naprawdę świetne.
Chociaż do jednego się przyczepię. Za duzo używanie słów:"coś", "jakimś" itp - wstawianie takich słówek utrudnia tok myślowy prowadzący do wyobrażenia sobie czytanego swiata. A bohater kojarzy mi się z "Blade - wieczny łowca" -_-', tnz. taki maksymalnie zły i coolowaty. Chociaż dałeś za mało tekstu, aby można było cokolwiek konkretniejszego stwierdzić o fabule czy postaciach.
W każdym razie, ogólnie oceniam pozytywnie.
Zwłaszcza niektóre teksty wymiatają;]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
DeathScythe_H
-sama



Dołączył: 05 Mar 2006
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: C:\System\Poland\Bialystok

PostWysłany: Pon 20:09, 27 Mar 2006    Temat postu:

Hehehe, dzięki, dzięki, wielkie dzięki Smile
teraz primo: nie ma osób niezastąpionych - będzie jeszcze kilka postaci które rozładują napięcie itp.
secundo:
a) mój antybohater jest biały i mądrzejszy od tej pijawki
b) narazie poznałaś Ewana wojownika, zobaczymy co powiesz o jego innych "twarzach".
Tym niemniej nadal czekam na commenty na forum ;]
Pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Ookami-san
Prezes Klubu (ret.)



Dołączył: 27 Gru 2005
Posty: 233
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Kraina niedźwiedzi polarnych

PostWysłany: Wto 12:25, 28 Mar 2006    Temat postu:

Dobre, dobre i jeszcze raz dobre Smile
Ciekawie się zapowiada i czekam na ciąg dalszy przygód Ewana Sześcioskrzydlatego. W mojej skali ocen od 1-5 plasujesz się na razie na 4. Jakby coś miało się zmienić nie omieszkam powiadomić.
Pozdro i

Peace&Love All =)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sakura no Ki Strona Główna -> Free Talk Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin